Jednym z moich strachów jest zostać samą w domu. Pamiętam, że zawsze kiedy musiałam spędzić noc w mieszkaniu bez nikogo, nie było takiej siły bym spokojnie zasnęła o 22. Ratował mnie żywy obraz i lektor z telewizora. Strach mnie tak napędzał, że w ciszy bym minuty nie wysiedziała. Nie mówiąc o tym jak ekspresowo myłam zęby w łazience, nadsłuchując każdego dźwięku. Lub sprawdzałam po kilkanaście razy czy na pewno drzwi do domu zamknęłam. W mojej głowie przeskakiwały kadry wszystkich psycho, których miałam okazję poznać z filmów. A sposobów, jakimi mogłabym zginąć było tysiące – w tym nie mogło zabraknąć morderstwa pod prysznicem. Czuwałam przed telewizorem do godziny 4 – 5 nad ranem, byle tylko niebo zaczęło się rozjaśniać. Byłam wtedy pewna, że jest to bezpieczna pora, bo każdy psychopata też musi spać i nie będzie szukał ofiar nad ranem.

Dzięki tym doświadczeniom to thriller stał się moim ulubionym rodzajem filmów. Bo lubię się bać. Nadsłuchiwać trzaskających gałęzi. Czuć napięcie kiedy trzeba zapalić światło w pokoju. Zejść do piwnicy czy – nie daj Boże – zaglądać do szafy. Podskakuję i energicznie zakrywam dłońmi twarz, taki odruch obronny, ale przez palce i tak podglądam co się dzieje.

Ostatnio ciężko było mi znaleźć film ciekawy i trzymający w napięciu. Fabuła o opuszczonym domu z duchem na strychu czy o słodkim dziecku, które tak na prawdę jest albo starą kobietą albo ma w sobie coś z beboka, zaczęła mnie nudzić. Słynne ucieczki ofiar po lesie, które to zawsze potkną się o kamień/gałąź/konar/zombeavera już lekko mnie irytowały. Zacząłam szczególnie unikać filmów, w których grała obsada wyciągnięta niczym z kalendarza na lato. Już po śnieżnobiałych uśmiecham wiedziałam, że będzie kiepskie widowisko.

No i w sumie to przez przypadek trafiłam na kilka niezłych filmów. Bez szukania na siłę w internetach pod hasłem „top 100 dobrych filmów thriller”, bo ile razy mogę przejrzeć listę, z której widziałam chyba wszystko. Mam więc dla Was trzy nietypowe fabuły – pierwszy The Invitation jest o zaproszeniu na dziwaczną kolację, kolejny to Coherence – dobry mix thriller z Sci-Fi o tym, jak to jak dobrze znamy swoich „przyjaciół” i ostatni jest o inspirującym wieczorze z głuchoniemą pisarką w Hush.

W Invitation jadę razem z Will’em i jego dziewczyną na kolację do byłej żony Eden. I wydaje, że nie ma tu nic nadzwyczajnego, bo przecież nie jest to pierwsza kolacja, którą widzę w filmie. Tyle że, zaraz jak tylko Will przekracza próg swojego dawnego domu, pojawiają się migawki z przeszłości i rośnie niepokój. Ostatni raz widział Eden 2 lata temu. A ona, nie dając wcześniej żadnego znaku życia, nagle wysyła zaproszenie na kolację.

Jestem przyzwyczajona do muzyki w filmie. Zawsze jej pełno, żebyśmy z góry wiedzieli jak mamy się czuć. Tutaj – o zgrozo – praktycznie jej nieuśwadczysz. Bez pompatycznych dźwięków. Nic nie naprowadza, że niebezpieczeństwo nadciąga, a wraz z nim melodia niczym z orkiestry symfonicznej. Jest cicho jak makiem zasiał. Mam wrażenie, że siedzę między nimi na kanapie i robi się lekko niezręcznie. Aż przydałoby się usłyszeć jakieś bębny, by zakłócić ten spokój.

Przysłuchuję się tym krótkim i nic nie znaczącym dialogom między dawnymi przyjaciółmi. Widzę jak Will obserwuje byłą żonę, która swoim spokojem i opanowaniem aż drażni mnie. Po kilku minutach pojawia się kolejny gość, tym razem przyjaciel od strony nowego partnera Eden. Gospodarze domu w końcu odkrywają swój powód zaproszenia – chcą podzielić się nową filozofią życia. Czyli nic innego, jak członkowie sekty mają nabór na nowych członków.


W momencie ich przemówień i przekonywania do dołączenia, gdybym siedziała razem z nimi na tych kanapach wierciłabym się z nerwów. Brzmieli tak niedorzecznie, wprowadzając coraz to bardziej niekomfortową sytuację między gości. W ciszy stukają szklanki, w końcu jedna ze znajomych chce pójść do domu.

Atmosfera dziwaczności rośnie. Z jednej strony widzę Will’a, który teraz obsesyjnie śledzi każdy ruch nowego partnera żony –  David’a i zastanawiam się czy czasem nie przesadza. Z drugiej zaś nowo przybyły gość jak i gospodarze domu są lekko creepy ze swoją nową filozofią życia. A jak już dochodzi do momentu, że David zamyka drzwi domu od wewnątrz wiem że, ciężko będzie wymigać się od tej kolacji.

Coherence to zaproszenie innego typu. Kolacja starych przyjaciół, wspominanie przy winie połączone z oglądaniem rzadkiego zjawiska astronomicznego. I nieustannym pytaniem jak dobrze znasz swoich znajomych i samego siebie. Film pozwala znaleźć się w rzadkiej sytuacji (przynajmniej dla thriller’ów), w której nie ma zewnętrznego wroga. Oczywistego czarnego charakteru w masce, zajadającego się ludzkim mięsem, lub powoli odchodzącego od zmysłów w kierunku siekiery. W domu są wyłącznie  osoby, które znasz, i którym ufasz.


Cieszy mnie, że po raz kolejny film buduje napięcie oszczędnie używając muzyki. Więc w tym przypadku każdy dźwięk waży bardzo dużo. Szepty, fragmenty rozmów a nawet spojrzenia i gesty wyglądają naturalnie, ale jednak stają się podejrzane. Wrażenie pogłębia sposób pracy kamery („z ręki”), który jest niestabilny i dynamicznie reaguje na wydarzenia. Kadry są ciasne, często próbujące objąć wszystkich bohaterów, nawet kiedy na ekranie widzimy prywatne rozmowy. A ja mam wrażenie, że podobnie jak bohaterowie filmu, nie mogę odejść nawet na krok od tego co się dzieje w jadalni.

Nie jest to typowy film do oglądania pod kocem i przez szczeliny pomiędzy palcami. Ale budzący niepokój w niemniejszym stopniu.

W Hush jestem na odludziu. Maddie jest pisarką, która mieszka w dużym domu sama, otoczona lasem. Jest spokój, cisza i ten las, który wiem, że z sielanką nie będzie miał nic wspólnego. A ciszy jest dużo, bo Maddie jest głuchoniema. Widzę, w pierwszych minutach filmu, jak odwiedza ją przyjaciółka i gratuluje książki, nastepnie jak zasiada do komputera i próbuje pisać. Obserwuję jej ruchy i jak krąży od pokoju do pokoju. W  kadrach zaś pojawiają się duże okna jej domu z widokiem na las. Z niecierpliwością i w tej ciszy czekam. W końcu w którymś z nich pojawia się mężczyzna w białej masce i tylko ja go widzę, bo nasza bohaterka zajęta jest sprzątaniem kuchni.

Dopiero po pewnym momencie zorientuje się, że jest podglądana przez kogoś. Ja w tym czasie zaciskałam swoje piąstki i śledziłam kolejne kadry, niczym przez okno. Widzę tego psychopatę z kuszą i kibicuję Maddie by udało jej się znaleźć schronienie we własnym domu. Zaś on sam zachowuje się jak dzikie zwierzę, które jak już znalazło swoją kolejną ofiarę nie odpuści, bo w końcu jakoś wybawi Maddie ze swojej kryjówki. Typowa gra w kotka i myszkę, w której jest tylko jedno wyjście – „Someone has to die. Me or he.”

A jak u Was – widzieliście ostatnio coś ciekawego?